Wspomnienie Franciszka Gajowniczka

Franciszek Gajowniczek kilkakrotnie odwiedził Zduńską Wolę. Ostatni raz był tu w 1994 r., na rok przed swoją śmiercią. Zmarł 13 marca 1995 r. Pochowany został na cmentarzu franciszkańskim w Niepokalanowie, wśród współbraci zakonnych swego wybawiciela. W ubiegłym roku ks. Bolesław Robaczek, proboszcz parafii pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Brzegu, przekazał do Zduńskiej Woli zbiór pamiątek po Franciszku Gajowniczku, który do śmierci mieszkał w tym mieście. W 1983 r. zmarła jego pierwsza żona, Helena z Demidowiczów. W 1988 r. powtórnie się ożenił. Ostatnie dni swego życia spędził pod czułą opieką rodziny w Brzegu. Do końca był sprawny. Za życia wielokrotnie wyrażał wolę, że chce być pochowany w Niepokalanowie. Ojcowie franciszkanie uczynili zadość tej prośbie. Franciszek Gajowniczek spoczywa obok grobu księcia Jana Druckiego-Lubeckiego, który w 1927 r. podarował teren pod budowę franciszkańskiego klasztoru i wydawnictwa.

A oto zeznanie Franciszka Gajowniczka, więźnia KL Auschwitz nr 5659, uratowanego przez Świętego rodem ze Zduńskiej Woli: Ja, Franciszek Gajowniczek, syn Jana i Marianny z Rozwów, urodzony dnia 15 listopada 1901 roku we wsi Strachomin, powiat Mińsk Mazowiecki, województwo warszawskie, Polska, sierżant Wojska Polskiego od roku 1939, żonaty, ojciec dwojga dzieci, zeznaję niniejszym pod przysięgą wobec świadków: Pana Franciszka Mazurkiewicza i Brata Ferdynanda Marii Kasza, co następuje:

Jako zawodowy wojskowy brałem czynny udział w wojnie w roku 1939. Dnia 28 września 1939 roku, w czasie kapitulacji twierdzy Modlin, zostałem wzięty do niewoli niemieckiej, w której przebywałem do dnia 17 października 1939 roku. Z obozu jeńców usiłowałem zbiec, lecz na granicy słowackiej zostałem w grudniu aresztowany i osadzony w więzieniu w Zakopanem. Dnia 8 września 1940 roku wywieziono mnie do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, w którym przebywałem do dnia 25 października 1944 roku. W okresie żniw, w ostatnich dniach lipca 1941 roku, przy nadarzającej się sposobności, jeden z więźniów oświęcimskich z mojego bloku zbiegł. Jako represja za to, na wieczornym apelu nastąpiło dziesiątkowanie więźniów mojego bloku. Dziesięciu (10) więźniów z mojego bloku wyznaczono na śmierć. Dowódca obozu Fritzsch w towarzystwie Rapportfuhrera Palitzscha dokonał selekcji (wyboru).

Nieszczęśliwy los padł również na mnie. Ze słowami: „Ach, jak żal mi żony i dzieci, które osierocam” - udałem się na koniec bloku Miałem iść do celi śmierci głodowej.

Te słowa usłyszał O. Maksymilian Kolbe, franciszkanin z Niepokalanowa. Wyszedł z szeregów, zbliżył się do Lagerfuhrera Fritzscha i usiłował ucałować jego rękę. Fritzsch zapytał tłumacza: „Was wunscht dieses polnische Schwein?” O. Maksymilian Kolbe, wskazując ręką na mnie wyraził swoją chęć pójścia za mnie na śmierć. Lagerfuhrer Fritzsch ruchem ręki i słowem „heraus” kazał mi wystąpić z szeregu skazańców, a moje miejsce zajął O. Maksymilian Kolbe. Za chwilę odprowadzono ich do celi śmierci, a nam kazano rozejść się na bloki.

W tej chwili trudno mi było uświadomić sobie ogrom wrażenia, jaki ogarnął mnie; ja, skazaniec mam żyć dalej, a ktoś chętnie i dobrowolnie ofiaruje swoje życie za mnie. Czy to sen, czy rzeczywistość?… Wśród kolegów wspólnej niedoli oświęcimskiej dał się słyszeć jeden głos podziwu heroicznego poświęcenia życia tego kapłana za mnie.

Wychowany jestem w atmosferze religii katolickiej, wiarę swoją w najcięższych momentach zachowałem, religia była dla mnie wówczas jedyną dźwignią i nadzieją. Ofiara O. Maksymiliana Kolbego spotęgowała jeszcze moją religijność i przywiązanie do kościoła katolickiego, który rodzi takich bohaterów. Jedyną wdzięcznością, jaką mogę się odpłacać memu wybawicielowi, jest codzienna modlitwa, którą zanoszę wspólnie z moją żoną.

1.jpg
Franciszek Gajowniczek na fotografiach z obozowej kartoteki
O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License